środa, 30 lipca 2014

HANNA ZDZITOWIECKA - BURSZTYNOWA KORONA (legenda o mikołajku nadmorskim)



Dawno, dawno temu w kaszubskiej wiosce nad morzem mieszkał chłopiec zwany Mikołajkiem. W całej okolicy, ba, nawet na całym wybrzeżu nie znalazłby większego psotnika i urwisa. A co najgorsze, to, że Mikołajkowe psoty były złośliwe i krzywdę przynosiły.

Ileż to razy splątał sieci rozwieszone na żerdziach po skończonym połowie. Kiedy indziej łodzie odwiązywał z łańcuchów, by je fala porwała i poniosła na pełne morze. To znów liny przy żaglach podcinał, że się rwały podczas sztormu i rybacy musieli ciężko walczyć o życie, zaskoczeni na pełnym morzu. Potrafił także zakraść się do cudzej komory po schowane tam bursztyny, na które był przedziwnie łasy.

Ale nie tylko ludziom dawał się chłopak we znaki. Mewy i rybitwy na jego widok zrywały się z krzykiem i krążyły mu nad głową niespokojne i przerażone, bo im jaja i pisklęta podbierał. Z morza wyławiał dla zabawy różowe chełbie, a potem rzucał na piasek, gdzie ginęły wysuszone palącym słońcem, z dala od wody. Najbardziej lubił się turlać ze stromego stoku do brzegu, nie zważając na to, że niszczy trawy i zioła utrzymujące lotny piasek, i sosnom na wydmach odsłania korzenie. Po niejednej takiej zabawie drzewo chyliło się przy wietrze ku ziemi, a podmyte sztormową falą spływało na wodę wraz z kawałkami wyrwanego lądu.

Nie było żadnej rady na chłopaka. Ludzie prosili, tłumaczyli, grozili – a on swoje. Do roboty – ostatni, do zabawy, do psoty, do szkody – zawsze pierwszy.

Toteż, kiedy po udanym połowie cała osada się zbiegła, by pomóc przy wybieraniu ryb z sieci, na próżno matka i ojciec wołali Mikołajka. Smyrgnął – jak zwykle – w las rosnący na wydmie. Zachciało mu się szukać bursztynów w jemu tylko znanym, odległym miejscu, gdzie morze wyżłobiło niewielką zatoczkę w piaszczystym niskim brzegu.

Mikołajek biegł między sosnami wygiętymi jak sztandary od wiatru wyjącego z morza, przez piasek, w którym nogi grzęzły mu po kostki: biegł ku sypkim pagórkom porośniętym twardą, wysoką trawą, wrośniętą korzeniami w ruchomą wydmę. Gdy dobiegł, zmęczony rzucił się na ziemię, twarz wystawił do słońca i … zasnął.

Zbudził go śpiew dolatujący poprzez szum morza.

Szumiała sosenka, szumiała żałośnie,
że w ubogim piasku ponad morzem rośnie.
Żałośnie szumiała, łzy żywiczne lała,
gdy padła na piasek, fala je zabrała...
Zabrała je fala na głębie dalekie,
leżały tam lata, leżały tam wieki.
Wicher zwalił sosnę, fale ją zabrały,         
ale te żywiczne łezki pozostały.
Wyniosą je fale, wyrzucą z głębiny.
Pozbierają ludzie złociste bursztyny.
I może kto wspomni, jak to przed wiekami
płakała sosenka żywicznymi łzami.

Mikołajek słuchał przez chwilę pięknych słów. Wreszcie zaciekawiony wysunął głowę spomiędzy kęp trawy.

Na wygładzonym przez wodę piasku siedziała urocza dziewczyna w sukni koloru morza, przepasanej wstęgami morszczynu i przybranej ciemnymi muszlami omułków, złączonych nicią bisioru. Na długich, zielonych włosach miała koronę z bursztynów wszystkich odcieni, od jasnego jak śmietana na mleku, do ciemnego jak świeża żywica spływająca ze zranionej sosny. Korona zdawała się płonąć w południowym słońcu, którego promienie przenikały ją na wskroś.

Mikołajkowi oczy się zaświeciły na ten widok. Babka opowiadała w zimowe wieczory o córce króla Bałtyku, ale chłopiec myślał, że to tylko baśń powtarzana z pokolenia na pokolenie.

- Bursztynowa korona Panny Wodnej! – szeptał sam do siebie. – Prawdziwa bursztynowa korona… Gdyby ją zdobyć… gdyby ją mieć na własność… taki skarb… takie bogactwo… Dopiero by się ludzie dziwili, gdybym im pokazał… Ile by to złota można za nią dostać od kupców! Starczyłoby do końca życia i nie musiałbym nigdy pracować!... Nie! Kto to by sprzedał taki skarb! Schowałbym w skrzyni i tylko czasem popatrzył na koronę córki króla Bałtyku.

Tymczasem Panna Wodna skinęła na fale z białymi grzywami, które ją otaczały.

- Rozczeszcie mi włosy – rozkazała.

Jedna z fal zdjęła jej z głowy koronę i ostrożnie złożyła na wydmie, blisko ukrytego w trawie Mikołajka. Inne rozplatały królewnie szmaragdowe włosy, podobne do zielonych taśm glonów, czepiających się podwodnych kamieni. Śpiewały przy tym swej pani pieśń o ukrytym w głębinie bursztynowym pałacu władcy Bałtyku i jego skarbach.

Ale Mikołajek nic nie słyszał i nic nie widział prócz leżącej przed nim korony. Czołgał się ku niej powoli, uważając, by nie zaszeleścić złamaną lub tylko trąconą trawą.

- Korona… bursztynowa korona… będzie moja… musi być moja…

Jeszcze jeden ruch i bursztyny zniknęły pod wypłowiałą błękitną koszulą. Nie bacząc już na nic, chłopiec zerwał się i popędził wzdłuż wydmy ku domowi.

- Mam ją! Mam skarb największy na świecie! – krzyczał, nie mogąc jeszcze uwierzyć w swoje szczęście.

Tupot jego nóg i okrzyki zwróciły uwagę Panny Wodnej. Obejrzała się, a widząc uciekającego rozkazała:

- Gońcie go! Ukradł moją koronę! Gońcie go! Musicie go schwytać! Prędzej!

Wzburzone fale pędziły z szumem i pluskiem po brzegu.

- Oddaj koronę! Oddaj, oddaj, bo zginiesz!

- Nie oddam! Nie oddam! To moje! – odkrzyknął biegnąc coraz prędzej, aż wpadł między sosny na wydmie.

Skrył się za pniem, by nabrać tchu, pewny, że go fale nie wytropią. Ale natychmiast z morza wzbiło się w górę stado białych mew, które krążąc nad nim zdradziły swego dawnego prześladowcę.

- Wychodź, bo zatopimy całą wieś! - Groziły wznoszące się coraz wyżej fale, aż jedna z nich przetoczyła się po nasypie, tworząc wyrwę, przez którą dostały się pozostałe.

Mikołajek porwał się znowu do ucieczki. Ledwie jednak wspiął się znowu na wzgórek, uderzył go silny podmuch od przodu, aż mu zabrakło tchu w piersiach. To Panna Wodna wezwała wiatr morski na pomoc.

Szum wichru i łoskot fal doszedł aż do pałacu z bursztynów. Władca Bałtyku wypłynął na rozkołysane morze gniewny i zaniepokojony.

- Kto śmiał rozpętać burzę bez mego pozwolenia?

- To przez niego! Ten chłopak ukradł moją koronę! To ja wezwałam wiatr morski na pomoc. – Panna Wodna wskazała ojcu Mikołajka, który zgięty wpół usiłował biec dalej naprzeciw zbijającej go z nóg wichurze. Szarpnięty nowym, najmocniejszym podmuchem stąpnął nieostrożnie na skraj podmytej już wydmy i stoczył się na dół. Korona wysunęła mu się zza pazuchy i wpadła między wzburzone fale. Trzęsąc białymi grzywami otoczyły schwytanego rabusia.

- Puśćcie mnie! Puśćcie! Zabrałyście już koronę!

Wystraszony, na próżno miotał się w tę i tamtą stronę, lecz one zastępowały mu drogę, sięgając do ramion i chlustając słoną wodą w oczy.

- Ukarz go, ojcze Bałtyku! Ukarz go srogo za to, że śmiał ukraść moją koronę! – wołała Panna Wodna.

- Zawiniłeś srodze i kara musi być sroga – powiedział władca Bałtyku i skinął bursztynowym berłem. – Zabierzcie go na dno morza do mego pałacu, gdzie będzie musiał pracować dniem i nocą.

- Litości! Zginę na dnie morza bez powietrza! Miejcie litość nade mną! – błagał Mikołajek.

- A czy ty miałeś litość nad różowymi chełbiami, które ginęły na piasku dla twojej zabawy? – zaszumiały groźnie fale.

- Przypomnij sobie wszystkie szkody, które wyrządziłeś rybakom i zbieraczom bursztynów. Przypomnij sobie, ile zmartwienia przysporzyłeś ojcu i matce!

- Oni mi przebaczą!

- Krrra! Ale my ci nie przebaczymy! - zakrakały mewy, trzepocząc nisko nad głową chłopca. – Czy ty miałeś litość nad nami, gdyś nam jaja złożone na brzegu podbierał?

Sosny rosnące na wydmie potrząsnęły wygiętymi gałęziami:

- Spójrz na nasze obnażone korzenie i schnące konary… Spójrz na trawy i zioła z takim trudem utrzymujące sypki piasek. Traktowałeś je, gniotłeś, wyrywałeś i niszczyłeś bez litości, choć to one chronią brzegi przed burzą i wichurą…

- Dosyć – odezwał się surowo władca Bałtyku. – Zbyt wiele zawiniłeś…

- Zlitujcie się! Już nigdy…

- Za późno teraz na skruchę. Nikt nie stanął w twojej obronie.

Wtem mała, płaska stornia musnęła stopy królewskie.

- Burza wyrzuciła mnie na brzeg i zginęłabym, gdyby on mnie nie odniósł do wody.

- Zrobiłeś to?

- Trzepotała się na piasku, to ją wrzuciłem. Zapomniałem już o tym.

- Ona nie zapomniała, żeś ją uratował. Czy kto jeszcze chce świadczyć za tym chłopcem?

Uwijająca się za muchami jaskółka przysiadła Mikołajkowi na ręce.

- Miałam skrzydło złamane… Złożył mi je, opatrzył i karmił mnie, póki znowu nie mogłam pofrunąć.

Rozjaśniła się twarz króla Bałtyku.

- Jaskółka i stornia stanęły w twojej obronie. Dzięki nim nie zabiorą cię fale do podwodnego pałacu. Pozostaniesz na wydmie, którą tyle razy bezmyślnie niszczyłeś i z której ukradłeś bursztynową koronę panny Wodnej. Teraz, w zmienionej postaci, głęboko wrośniętymi korzeniami umacniać będziesz lotny piasek i osłonisz go szeroko rozłożonymi liśćmi. Będziesz patrzył znieruchomiały na mewy i rybitwy, jak przy tobie wychowują pisklęta, na bujające się w wodzie chełbie, a fale wyrzucą ci kawałki bursztynów, których nie będziesz mógł dosięgnąć. Rybacy bez obawy rozwieszą sieci i przycumują łodzie nie opodal ciebie, a że błękitne kwiaty i liście przypomną im twoją wyblakłą koszulę, nazwą nieznaną im roślinę mikołajkiem nadmorskim. Potem ludzie zapomną o chłopcu, choć zachwycać się będą barwą i kształtem twych kwiatów. Ale biada ci, jeśli zechcą je zerwać. Bo tylko wtedy odzyskasz swą dawną postać, kiedy przez wszystkie miesiące od wiosny do jesieni nikt na całym wybrzeżu nie zniszczy, nie uszczknie żadnego listka, żadnego twego kwiatu. Jeżeli wszyscy cię uszanują, wtedy mikołajek nadmorski stanie się znowu Mikołajkiem z rybackiej wioski.

Po tych słowach władca Bałtyku zszedł z Panną Wodną do bursztynowego pałacu. Mikołajek został sam napsutej wydmie. Zniknęła jego rozwichrzona czupryna i wypłowiała niebieska koszula. Tam, gdzie przed chwilą stał chłopiec, zjawiła się błękitna główka kwiatowa otoczona sztywnymi srebrzystymi liśćmi.

Zaczęła się długa, wieki całe trwajaca pokuta Mikołajka, psotnika i urwisa z wioski na kaszubskim wybrzeżu.

 

źródło: wikipedia.pl

 
źródło: wikipedia.pl


Mikołajek nadmorski (Eryngium maritimum) – gatunek rośliny z rodziny selerowatych. Występuje na wybrzeżach: Morza Bałtyckiego, Północnego, Śródziemnego, Czarnego i Atlantyku. W Polsce gatunek rzadki, najczęściej spotykany na wydmach nadmorskich Zatoki Gdańskiej.

Roślina objęta jest w Polsce ścisłą ochroną gatunkową. Jest zagrożona wskutek zalesiania wydm, na których występuje, oraz zrywania i przesadzania do ogródków przydomowych  

Największe jej skupisko znajduje się pomiędzy Ustką i Mielnem, na Mierzei Wiślanej i w rezerwacie przyrody "Mechelińskie Łąki"

Najwcześniej w Europie mikołajek nadmorski został objęty ochroną nad Zatoką Gdańską, na mocy "Rozporządzenia policyjnego dotyczącego mikołajka", obowiązującego od 1902 roku.

Jest jednym z ulubionych motywów haftu kaszubskiego szkoły puckiej.

źródło: odkryjpomorze.pl

Znajduje się w herbie miejscowości Dziwnów, Żelistrzewo i Ustronie Morskie.


 HERB DZIWNOWA



HERB USTRONIA MORSKIEGO








Smutna ta legenda, prawda? 
Mieliście okazję kiedyś zobaczyć mikołajka nadmorskiego?

























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz